Mój dom rodzinny

Powstawał wraz z osiedlem

Historia osiedla Michałowice i naszego domu przy ulicy 3 maja 15 rozpoczyna się około roku 1930.

Hrabia Grocholski, właściciel tych gruntów i dumny ojciec wielu córek (podobno dwunastu), a pragnący ciągle syna, postanowił spieniężyć część swego majątku. Okazja była niezwykła – właśnie dwa czy trzy lata temu zbudowano trakcję Elektrycznej Kolejki Dojazdowej, łączącej Warszawę z Grodziskiem, a poprowadzonej koło terenów hrabiego.

Właśnie w tym czasie zlecił mojemu Ojcu, architektowi Tadeuszowi Borkowskiemu, zaprojektowanie osiedla. W ramach wynagrodzenia Ojciec otrzymał działkę 1800 metrów kwadratowych, położoną 700 metrów od przystanku EKD, w najwyższym punkcie okolicy. Było to bardzo ważne, bo wiosną i jesienią całe osiedle tonęło w błocie; nie było elektryczności, dróg i chodników. Opowieści rodzinne mówią o odwiedzających nas znajomych, którzy bezpowrotnie gubili kalosze w błocie.

Nasz dom wybudowany został około 1934 roku jako jeden z pierwszych w osiedlu. Do wojny powstało ich około 50, w tym wiele projektu mojego Ojca.

Nasz dom jest drewniany, z grubych belek, otrzcinowany i otynkowany. Drewniany, a więc zdrowy, ciepły i przytulny. Moja Babcia Maria Świderska, matka Mamy, dożyła w nim stu lat.

Ojciec wybudował dom, za którym tęsknił od 14 roku życia, kiedy to w 1917 roku uciekał przed rewolucją bolszewicką. Całą rodzinę pozostawił w Białej Cerkwi na Ukrainie, gdzie dziadek był dyrektorem cukrowni. Nigdy już nikogo z nich nie zobaczył. Po dojściu bolszewików do władzy kontakt był tylko listowny. Jeszcze na swoje 21 urodziny dostał od rodziców sygnet z rodowym herbem Sulima i z wygrawerowanym napisem „Bądź wierny honorowi i drugiej Ojczyźnie”. W 1939 roku rodziców Ojca jako Polaków aresztowano. Zginęli w więzieniu w Kijowie.

Po przybyciu do Polski Ojciec ciężko pracując skończył szkołę, studia i wreszcie został powołany do Szkoły Podchorążych Kawalerii w Grudziądzu. W 1929 roku ożenił się z Janiną Świderską, studentką Uniwersytetu Warszawskiego.

Był dom i żona. Dom zaczął żyć i zapełniał się dziećmi. Córka Anna i syn Bolesław urodzili się przed wojną, syn Tomasz dużo później, w 1951 roku.

Osiedle także rosło i rozwijało się. Mieszkańcy byli bardzo zintegrowani. Oczywiście wszyscy się znali. Tworzyły się komitety społeczne. Staraniem mieszkańców doprowadzono elektryczność, zbudowano chodniki (których teraz nie ma), zdrenowano cały teren, utwardzono drogi.

Myślę, że ta zażyłość mieszkańców wynikała między innymi z tego, że nie mieli samochodów. Ludzie zamykali za sobą furtki, spotykali sąsiadów, razem szli do kolejki, razem czekali i razem, omawiając istotne sprawy, jechali 30 minut kolejką do Warszawy. Teraz każdy we własnym ogrodzie wsiada w samochód i pędzi nie spotykając nikogo z sąsiadów.

Nastał wrzesień 1939 roku. Ojca, podporucznika 23 pułku Ułanów Grodzieńskich, zmobilizowano. W domu zostały kobiety i małe dzieci. Jeszcze w lipcu i sierpniu odbywał się u nas w ogrodzie kurs LOPP-u, przygotowujący kobiety do odpowiedniego zachowania w czasie wojny, do używania masek gazowych i do ich zastępowania. Były chyba nawet jakieś ćwiczenia z bronią.

Bez ojca było smutno i pusto, ale wrócił już po trzech dniach. Jako jeden z kierowników budowy Dworca Pocztowego w Warszawie, został skierowany do kończenia tego strategicznego obiektu. Okazało się to niemożliwe i po kilku dniach wyjechał na wsód, goniąc swój pułk. Tam dostał się do niewoli sowieckiej. Korzystając z jakichś okazji uciekł z obozu i już pod koniec października wrócił do domu. Po powrocie musiał się ukrywać, bo zgodnie z zarządzeniem okupanta powinien jako oficer zgłosić się do oflagu.

Zaczęła się okupacja niemiecka. Na szczęście przed wojną nie zdążono wybudować utwardzonych dróg łączących Michałowice z Raszynem i Ursusem. Dzieki trudnemu, błotnistemu dojazdowi osiedle było trochę odcięte od świata i wizyty niemieckie zdarzały się rzadko. Stwarzało to dobre warunki do pracy konspiracyjnej.

Pod koniec roku Ojciec został powołany do pracy podziemnej przez przedstawicieli Związku Obrońców Rzeczpospolitej w obwodzie „Obroża”. W Michałowicach powstał oddiał „Ojców” ZORz, później AK. Dowódcą oddziału został ppor. kawalerii Tadeusz Borkowski ps. Juliusz, zastępcą – ogniomistrz Bolesław Rech ps. Orlik. Przez cały czas okupacji prowadzono szkolenia wojskowe, obserwację terenu i składano meldunki o działaniach niemieckich przeciwko ludności polskiej. Dużo na ten temat może powiedzieć Jerzy Maliński ps. Lot, jeden z niewielu żyjących żołnierzy oddziału „Ojców”, który jako młody chłopak był w nim łącznikiem.

Wielu mieszkańców brało udział w pracach społecznych. Założono Spółdzielnię Spożywców „Michałowiczanka”, Radę Główną Opiekuńczą (RGO), przedszkole; działał także komitet samoobrony i tajne nauczanie.

Spółdzielnia Spożywców w Michałowicach mieściła się w domu pp. Bojarskich. Organizowano tam i przeprowadzano szkolenia wojskowe pod kierownictwem Bolesława Recha. RGO wydawała potrzebującym posiłki i niosła pomoc materialną. Szczególnie potrzebne to było ukrywającym się uchodźcom z Warszawy po powstaniu. Barak, w którym gotowano i wydawano posiłki, mieścił się na działce, gdzie potem wybudowano pawilon dla spółdzielni. Komitet samoobrony działał przez cały czas okupacji. Kierownikiem był mój Ojciec. Znowu dom nasz służył jako kontakt i punkt zborny. Obrona zorganizowana była tak skutecznie, że nie powiódł się żaden napad. Bandyci, uzbrojeni w broń palną, uciekali przed tłumem mężczyzn z kijami i kobiet walących w pokrywki od garnków. Oprócz tego zapalano wszystkie światła i włączano pięć syren alarmowych.

Komplety tajnego nauczania były między innymi w naszym domu. Dziesięcioro dzieci przerabiało u nas szkołę powszechną.

Wiem, ze w wielu michałowickich domach ukrywano ludzi przesladowanych przez okupanta, prowadzono podsłuch radiowy, drukowano gazetki i nauczano na tajnych kompletach. Na pewno nie wymieniłam wszystkich zasług mieszkańców, ale byłam za mała, aby mnie w to wtajemniczać. Ojciec, Mama i Babcia nie żyją, a i większość dawnych mieszkańców osiedla także zmarła.

Choć w Michałowicach było kilku mieszkańców o niemieckich nazwiskach, tylko trzy rodziny podpisały volkslistę. Do końca nie byli pewni, czy zrobili dobrze i nigdy z ich strony nic nikomu nie groziło. W 1944 roku z wielkim żalem opuszczali swe domy.

Życie towarzyskie w czasie okupacji podupadło. Skończyły się wystawne przyjęcia z tańcami, jakie urządzano w naszym domu z okazji imienin Mamy i Ojca. Ludzie bali się opuszczać domy, a tym bardziej przyjeżdżać z Warszawy. Ograniczono się więc do kontaktów z sąsiadami. Mam zdjęcie z Sylwestra w naszym domu, w którym brała udział większość mieszkańców. Oczywiście nie było tańców. Natomiast gra w brydża była często przykrywką do zebrań konspiracyjnych.

W czasie powstania wojska niemieckie, które przedtem rzadko zapuszczały się do Michałowic, zajęły partery większości budynków. Byli to na szczęście Bawarczycy z Wermachtu, którzy starali się nic nie widzieć i nic nie słyszeć. Umożliwiało to dalszą robotę konspiracyjną, głównie ukrywanie powstańców i ratowanie warszawiaków z obozu w Pruszkowie. Na piętrze naszego domu (parter był zajęty przez Niemców) panował taki tłok, że nie było gdzie spać. Podłoga była zajęta. Mnie zostało miejsce w nogach tapczanu rodziców. Jedna z warszawianek urodziła nawet u nas synka. Tak było w większości michałowickich domów.

Uchodźcy z Warszawy w podzięce za uratowanie wybudowali w naszym ogrodzie kapliczkę i wmurowali obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Obraz ten, jeszcze mojej prababci, chronił rodzinę od nieszcześć. Obecnie obraz jest już bardzo zniszczony, ale kapliczka stoi do dziś.

Skończyła się wojna. Wojska niemieckie wycofały się bezboleśnie dla Michałowic, żaden dom nie został zniszczony. Brak mieszkań po wojnie przyczynił się do szybkiego rozwoju osiedla. Ojciec znowu projektował, ale teraz nie tylko on, byli inni architekci. Zbudowano szkołę, przedszkole, ale mieszkańcy nie byli już tak zżyci jak kiedyś.

Zaraz po wojnie, około 1950 roku, została erygowana parafia Michałowice. Pierwsza kaplica była w warsztacie stolarskim, który ofiarował na ten cel pan Wincenty Gadomski. Pierwszym proboszczem był ks. Jan Kałaczkowski. Około roku 1955 wybudowano drewniany kościół na działce przewidzianej na ten cel w projekcie Ojca.

Życie toczyło się spokojnie, aż nadszedł czas kwaterunku. W wielu domach zaplombowano pokoje. Mieszkańcy ruszyli do walki, bo były to domy typowo jednorodzinne. Ojciec także wybronił zapieczętowany pokój. Dom znowu w całości był nasz. Mieszkało w nim sześć osób: rodzice, Babcia i troje dzieci.

Ojciec zmarł na zawał serca w roku 1963, do końca projektując. Po jego śmierci kończyłam zaczęte projekty. Mama umarła w 1988 roku, a babcia – dożywszy stu lat – w 1982. Rodzina się rozjechała. Brat Bolesław wyjechał do Afryki – do Ghany, brat Tomasz do RPA. Zostaliśmy z mężem sami w domu.

Ojciec po wojnie dokupił jeszcze jedną działkę. Dziś na 3600 metrach kwadratowych stoi stary dom rodzinny, liczący ponad 60 lat, a także dom mojego syna Krzysztofa oraz – w budowie – dom brata Bolesława. Ojciec osiągnął swój cel. Wybudował gniazdo cementujące rodzinę.

Obecnie osiedle bardzo się rozbudowało. Mamy gminę, pocztę, ośrodek zdrowia, centralę telefoniczną, wodociągi, gaz, a w najbliższym czasie kanalizację. Otwarto wiele sklepów, aptekę, była nawet restauracja. Ale są dwie sprawy, które mnie bardzo bolą.

Pierwsza – to brak chodników, które zostały zniszczone przy okazji zakładania instalacji i asfaltowania jezdni. Wyjątek stanowi ulica łącząca przystanek kolejki WKD z gminą.

Druga sprawa to pędzące po naszych jezdniach, stanowiących jednocześnie chodniki, z niedozwoloną szybkością samochody, nie respektujące żadnych przepisów. Nie ma tablic z ograniczeniem prędkości nawet przy szkole. Dzieci idące do szkoły ulicą 11 Listopada są rozganiane przez samochody jak kuropatwy, a sama ulica to tor wyścigowy. Na jej skrzyżowaniu z ul. 3 Maja w ciągu dwóch ostatnich lat było pięć wypadków. Na nasze prośby o tzw. “śpiących policjantów”, skutecznie ograniczających szybkość, gmina odpowiada, że nie ma funduszy.

Wracając do sprawy domu – 60 lat odcisnęło na nim swoje piętno. Coraz więcej elementów wymaga remontu lub wymiany, ale nigdy ani ja, ani moi bracia nie pomyśleliśmy o sprzedaży domu. Tu żyją duchy naszych przodków. Dopóki dom jest nasz, dopóty wszyscy jesteśmy razem.

Anna Goetz-Wojdyła z domu Borkowska
U nas o.k.
nr 2 (59) rok VI, luty 1997

Artykuły prasowe, zdjecia oraz wszelkie informacje zamieszczone na stronie zbierane były przez cały czas działalności Biblioteki. Kopiowanie całości lub części artykułów jest dozwolone pod warunkiem podania źródła i autora.

© Copyright 2006-2021  Gminna Biblioteka Publiczna im. Zbigniewa Herberta w Michałowicach
Realizacja:
Suchowski Media
Skip to content